Wywiad z Joanną Frenkiel, właścicielką i managerką hotelu Marafiki Bungalows na Zanzibarze. Grudzień 2016.

marafiki4

 

Zawsze byłam osobą, która się bała nowych wyzwań i jak teraz myślę o tym, co zrobiłam, to nie do końca wiem, czemu się na to zdecydowałam. Myślę, że chyba dlatego, że moją pasją były od dziecka podróże. Moi rodzice zawsze ze mną podróżowali. Gdy robisz biznes z czegoś, co samemu kochasz i w co wierzysz, to jest łatwiej.

 

POMYSŁ

Skąd się wziął pomysł na hotel na Zanzibarze?

Zaczęło się od tego, że mój mąż przyjechał tutaj na kite surfing i tak mu się spodobało, że po powrocie namówił nas na spędzenie na Zanzibarze kolejnych wakacji. Było to pierwsze miejsce, które przypadło do gustu całej rodzinie. Przy tak dużej różnicy wieku naszych córek (5, 11 i 16 lat – przyp. red.) trudno jest znaleźć miejsce, gdzie wszyscy będą się dobrze czuli i znajdą coś dla siebie. Tymczasem tutaj nam się wszystkim podobało. Zauważyliśmy też, że Zanzibar jest w momencie, w którym dopiero zaczyna się rozwijać, że tutaj jest jeszcze mało hoteli, więc to dobry moment, żeby zacząć coś nowego.

Chciałaś zacząć coś nowego?

Wtedy po wielu latach pracy w korporacji nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca w Warszawie. Szukałam nowego pomysłu na siebie. Początkowo mieliśmy wspólników i tak naprawdę moja rola miała się sprowadzać do części marketingowo – sprzedażowej. Jeden z kolegów miał pilnować budowy, drugi miał być później managerem. My byliśmy głównymi inwestorami. Później to się jednak inaczej ułożyło i w pewnym momencie my z mężem zajęliśmy się wszystkim.

Jesteście odważni…

Moja koleżanka się śmiała, że jeszcze niedawno bałam się pojechać z dziećmi sama do Białki, bo to za daleko, a pół roku później siedziałam sama z tymi dziećmi na Zanzibarze i doglądałam trzech ekip budowlanych, składających się z lokalnych pracowników. Okazało się, że daję sobie z tym radę, mimo że jest to muzułmański kraj, gdzie generalnie kobieta ma niewiele do powiedzenia. Lokalni mnie zaakceptowali i nazwali „boss Asia” albo „mama Asia”. Asia to bardzo popularne i tradycyjne imię na Zanzibarze i mieszkańcy często mnie pytają ze zdziwieniem „Czy ty naprawdę się nazywasz Asia?”. To od razu wzbudza sympatię.

Czy było wielu takich co mówili „nie jedźcie, na pewno się nie uda, to nie dla was, nie poradzicie sobie”?

Na początku nikt nie wierzył, że my to naprawdę zrobimy!

Czy ten pomysł zyskał przychylność waszych najbliższych, przyjaciół, rodziny?

Musieliśmy pozyskać przede wszystkim rodziców, bo wiadomo było, że będziemy potrzebować ich wsparcia. Pamiętam pierwszą rozmowę. Brzmiała mniej więcej tak: mój tata mówi „Nie, to w ogóle nie ma sensu, my nie chcemy o tym słyszeć, nie będziemy się waszymi dziećmi zajmować, nie ma mowy”. Ja na to „Ale tato, w ogóle nas nie wysłuchałeś, my tu się przygotowaliśmy, mamy biznes plan i wszystko”. Tata: „Nie, ja tego w ogóle nie będę oglądał”.

Jak go przekonaliście?

Zaczęliśmy rozmawiać, trwało to kilka godzin. Po paru dniach tata do mnie zadzwonił i powiedział, że w takim razie nie będzie stawał na drodze do szczęścia swojej córki i że jeśli uważamy, że jest to rozsądne, to on nas wesprze, także finansowo. Natomiast jest jeden warunek, że oni nie będą się zajmować naszymi dzieci. Tego warunku też nie dopełniliśmy, bo w pewnym momencie jednak musieli się dziećmi zająć (śmiech). Od tej pory rodzice nas niesamowicie wspierają i nadal na każdym kroku podkreślają, jak bardzo są dumni, że się na to odważyliśmy i że żadne trudności nas nie załamują.

A inni, uwierzyli?

Wszyscy znajomi nam kibicują. Od momentu, w którym już zdecydowaliśmy się na ten krok, trzymają za nas kciuki. To jest cudowne, gdy próbują pomóc nam, jak tylko mogą. Jeśli zabraknie czegoś, np. z wyposażenia w kuchni, to wystarczy informacja do przyjaciółki w Polsce i ona natychmiast robi zakupy, pakuje i organizuje transport. Inna przyjaciółka mnie wspiera w projektach graficznych. Taka wiara w nas to jest najważniejsza pomoc. Wiara innych ludzi w to, że nam się uda, powoduje, że w trudnych chwilach dajemy sobie rade.

 

marafiki1

 

HOTEL

Czym jest Marafiki Bungalows? Jaki jest wasz zamysł?

Od początku założyliśmy, że będzie to miejsce przesiąknięte afrykańskim klimatem. Nie chcieliśmy, żeby to był jeden z tych bezosobowych hoteli, w których budzisz się rano i możesz sobie wyobrazić, że jesteś w dowolnym miejscu na świecie. Staraliśmy się, żeby wszędzie były lokalne materiały, żeby wykorzystywać to, co jest tutaj, dlatego np. dachy są makuti, czyli z liści palmowych. Wszystkie meble są wykonane tu na miejscu, dlatego nie ma dwóch identycznych łóżek czy szafek. Korzystaliśmy z wiedzy i umiejętności lokalnych pracowników, w ten sposób wspierając ich i czerpiąc z ich wiedzy. Stworzyliśmy miejsce odpoczynku od cywilizacji, gdzie się można ukryć przed światem i rzeczywiście odpocząć. Dlatego zrezygnowaliśmy z telewizorów czy klimatyzacji. Można powiedzieć „wyjeżdżam do Afryki, nie zawsze tam działa Internet, radźcie sobie” i w ten sposób odciąć się na chwilę od pracy.

Udało się osiągnąć taki efekt, jak chcieliście?

Jesteśmy zadowoleni z tego, jak wyglądają domki. Z tego, że idea połączenia kolorów piasku i oceanu podoba się naszym gościom. Ściany mają lekko kremowy odcień nawiązujący do plaży, a dodatki typu narzuty, poduszki są w turkusach i szafirach. Cieszę się, że to się gościom podoba. Mieliśmy też dużo dyskusji, czy otwarta łazienka się sprawdzi, a usłyszałam, że się sprawdza, więc jestem z tego bardzo dumna. Cieszę się, że rzeczy, które ja przeforsowałam, jednak się sprawdziły.

O naszym basenie można śmiało powiedzieć, że jest jednym z najpiękniejszych na wyspie. Położony na skale, tuż nad oceanem. Roztacza się z niego wspaniały widok. To ulubione miejsce  gości do pozowania do zdjęć.

Skąd nazwa Marafiki?

Jak tylko rozpoczął się ten projekt, zaczęłam się uczyć suahili. Przez pół roku miałam nauczycielkę, Kenijkę. Jednym z pierwszych słów, którego się nauczyłam, było „marafiki” czyli przyjaciele i bardzo mi się to słowo spodobało. Gdy szukaliśmy nazwy, mieliśmy trzy kandydatury, właśnie marafiki – przyjaciele, matembezi – wakacje i cynamon, ponieważ spółka nazywa się Cinammon. Chcieliśmy, żeby nazwa brzmiała dobrze we wszystkich językach, dlatego zrobiłam międzynarodową ankietę i wybraliśmy marafiki. Słowo Marafiki stało się mottem tego miejsca, gdyż chcemy, żeby goście czuli się tutaj jak u przyjaciół, a nie anonimowo, jak w dużym hotelu. Chcemy, by czuli, że są tutaj wśród osób pragnących się nimi zaopiekować i stworzyć dla nich przyjacielski klimat, bez dystansu i swobodnie.

Zatem Marafiki to nie jest duży kompleks hotelowy?

Mamy osiem domków, które mieszczą piętnaście pokoi, w tym jeden „honeymoon suit”, który położony jest przy samym morzu. Jest trochę większy niż inne, ma wielki taras z prywatnym jacuzzi i jeśli jest przypływ, to bryza od morza sięga aż do tarasu. Jest trochę odgrodzony od pozostałych, dzięki czemu oferuje gościom większą prywatność, dlatego właśnie polecamy go na takie romantyczne pobyty dla par. Poza tym na terenie kompleksu jest basen, restauracja, która serwuje lokalne dania, ale też dania kuchni europejskiej.

Czego możemy się spodziewać w menu?

Mamy kucharza pochodzącego z Zanzibaru, lecz z korzeniami hinduskimi, dzięki czemu umie łączyć różne smaki. Kuchnia zanzibarska to połączenie wpływów arabskich, hinduskich i miejscowych. Wykorzystuje całe bogactwo przypraw i aromatów, które tu rosną, gałka muszkatołowa, goździki, cynamon i składniki, które niesie ocean. Nasze ośmiornice, które są tak lubiane przez gości, są wyławiane z morza tuż przy hotelu.

Czy cały personel jest lokalny?

Tak, ale można też usłyszeć tutaj polski. Chcemy, aby goście, którzy przyjeżdżają z Polski, a nie mówią po angielsku, też się czuli komfortowo i bezpiecznie. Będziemy ich wspierać w organizowaniu wycieczek czy zamawianiu taksówek.

 

marafiki2

 

ZANZIBAR

Jak się pracuje z miejscowymi?

Są takie rzeczy, które u nich trzeba zaakceptować i nie można wymagać takich standardów, jakie są w Europie. Zanzibarczycy pracują w swoim bardzo powolnym tempie, ale to nie jest ich zła wola, oni po prostu nie potrafią inaczej. Podobnie z poczuciem estetyki. Dla nich to, czy kontakt jest krzywo, czy jest prosto, nie ma znaczenia. Przecież prąd jest tak samo, niezależnie od umiejscowienia. Skąd mają widzieć, że dla Europejczyków, czy dla innych turystów, ma to znaczenie. I tu jest potrzebna pokora, żeby to zaakceptować. Wiadomo, że trzeba ich poganiać, że trzeba nad nimi czuwać, ale pewnych rzeczy się nie zmieni i trzeba to zaakceptować, bo inaczej dochodzi do frustracji.

Dużo jest tu problemów?

To jest Afryka i pojawiają się problemy, o których my w Europie nie mamy pojęcia, np. że nie ma prądu i musimy pracować na generatorze. Od półtora roku negocjujemy z miejscowa firmą energetyczną, żeby nam ten prąd doprowadziła, ale jeszcze go nie ma (przyp. red. już jest). Albo, że woda przyjeżdża beczkowozami, bo też mimo obietnicy, nie zdążyli zrobić wodociągu. To są rzeczy, o których budując w Europie się prawie się nie myśli, bo one są oczywiste. Tutaj urastają one do bardzo istotnych tematów, ale tak jak mówiłam, chcąc tutaj mieszkać, pewne rzeczy trzeba zaakceptować.

Dlaczego warto tu przyjechać?

Przede wszystkim dlatego, że jest to jeszcze taka dzika Afryka. Ludzie, którzy dobrze znają Afrykę mówią, że o ile Afryka jest trzecim światem, to Zanzibar jest czwartym. To jest urok tego miejsca. Dlatego ja zachęcam, żeby tu przyjechać jak najszybciej, póki cywilizacja jeszcze tu nie dotarła. Jest tu tyle miejsc, gdzie nie ma nikogo, gdzie można spacerować po plaży i nie spotka się żywej duszy. Ludzie żyją jeszcze po swojemu, tak jak dawniej. Poza tym mieszkańcy wysypy są bardzo sympatyczni, uwielbiają dzieci, są zawsze uśmiechnięci. Słychać wszędzie dżambo, mambo, poa, pozdrawiają każdego. Ich dewiza to Hakuna Matata, czyli „nie ma problemu” i to nie jest pusty slogan, oni tak  żyją i w ten sposób podchodzą do życia. Bardzo zachęcałabym też ze względu na to, co tutaj można jeść. Tu są wspaniałe owoce, ryby, ośmiornice, które są bez konserwantów, więc wszystkie uczulenia znikają. No i morze, które jest tak ciepłe, jak nigdzie w Europie. Szczególnie teraz, w okresie europejskiej zimy, temperatura oceanu jest niewiarygodna.

Mierzyłaś ją kiedyś?

Nie, ale jest jak gorąca wanna, naprawdę gorąca wanna i się śmiejemy, że tutaj można się spocić pływając.

Jak nisko spada temperatura powietrza podczas zanzibarskiej zimy?

Najzimniejszym miesiącem jest lipiec, co oznacza, że w dzień jest jakieś 28 stopni, a wieczorem temperatura spada do 20 -22. To jest idealny czas dla ludzi, którzy nie lubią upałów. Dla tych, co chcą naprawdę się wygrzać, najlepszy czas jest od końca listopada do połowy marca, a dla tych, co wolą jednak trochę chłodniejsze temperatury, lepszy okres jest od końca maja do lipca. Niebo jest wtedy trochę zachmurzone, ale absolutnie nie jest zimno, więc ludzie, którzy nie lubią słońca, a wiadomo, że tacy są, wtedy nie musza się ukrywać.

 

marafiki3

 

ASIA

Jakie cechy charakteru sprawiły, że mogłaś zaplanować takie przedsięwzięcie?

Myślę, że bardzo duże znaczenie ma to, że jestem osobą ugodową, że potrafię gasić konflikty i zatargi. Przy napięciu związanym z budową i terminem powstaje ogromna presja i umiejętność łagodzenia tych sytuacji jest bardzo ważna. Poza tym ja staram się cieszyć drobnymi rzeczami. Tym, że pierwsi goście wyjechali zadowoleni, że w końcu przywieźli rolety, na które długo czekaliśmy, że jednak udało się pięć dni przed przyjazdem gości napełnić basen wodą. Właśnie takie drobne rzeczy staram się doceniać i to mi daje siłę, żeby przetrwać te wszystkie problemy, które co chwile się pojawiają.

W Polsce pracowałaś dla korporacji. Czy to ci pomogło, czy przeszkodziło?

Doświadczenie korporacyjne pomaga przede wszystkim w organizacji, w planowaniu, a wiedza z marketingu powoduje, że mogę osobiście zająć się promocją hotelu.

Czy to jest twoje miejsce na ziemi?

Gdy wysiadam na lotnisku, to już czuję się u siebie. Gdy idę do miasta załatwiać sprawy, zawsze spotkam kogoś znajomego. To daje takie poczucie, że jestem u siebie. Chętnie byśmy się tutaj przeprowadzili na cały rok, ale organizacyjnie, ze względu na dzieci, to nie jest możliwe. Gdy w zeszłym roku przez chwilę wyglądało na to, że nastąpi koniec naszej przygody z Zanzibarem, wyjeżdżałam z uczuciem „tutaj jest tak pięknie, tak cudownie, ja muszę zrobić wszystko, żeby to jednak miało ciąg dalszy”.

Gdy ktoś chce rewolucji w życiu, chce zacząć robić coś zupełnie innego lub przenieś się na drugi koniec świata, to co byś mu poradziła?

Chcieć to móc!

Co to znaczy?

To znaczy, że jeśli bardzo czegoś chcesz, to dasz radę. Zawsze byłam osobą, która się bała nowych wyzwań i jak teraz myślę o tym, co zrobiłam, to nie do końca wiem, czemu się na to zdecydowałam. Myślę, że chyba dlatego, że moją pasją były od dziecka podróże. Moi rodzice zawsze ze mną podróżowali. Gdy robisz biznes z czegoś, co samemu kochasz i w co wierzysz, to jest łatwiej.

Szukasz inspiracji w pasji, żeby tę pasję zamienić w pracę?

Dokładnie. Osoba, która nie lubi podróżować, nie mogłaby robić czegoś takiego. To jest ważne, żeby robić to, co się lubi i nie bać się ryzyka, ale z drugiej strony trzeba być ostrożnym i racjonalnym. Jeśli wspólnicy, to prawnik, który jest po twojej stronie oraz bardzo konkretne podziały obowiązków. Takie formalne rzeczy nie mogą zostawać na koniec. Kolejną bardzo ważną rzeczą jest wsparcie bliskich.

To dodatkowa motywacja?

O tak! W naszym przypadku fantastyczne było to, że nasi znajomi nas tak wspierali. Oni wszyscy traktowali to jak jakiś pomysł z kosmosu. Pamiętam, gdy pokazałam projekt moim koleżankom. Jedna z nich zrobiła zdjęcie, wysłała do swojego męża i zadzwoniła do niego, mówiąc: „słuchaj oni to naprawdę robią, widziałam projekt”. To było takie niesamowite i dodawało skrzydeł, bo jeśli oni w nas wierzą, to nie możemy ich zawieść. Jeśli walczysz z wiatrakami i nie masz wsparcia rodziny i przyjaciół to myślę, że to jest trudne.

Dzieci też was wspierają?

Dla dziewczynek to jest trudne. Jesteśmy skoncentrowani na hotelu i one trochę są opuszczone. Poza tym muszą nauczyć się traktować hotel jako nasze miejsce pracy. Uczą się rozumieć, że one tam nie są najważniejsze, że my tam przychodzimy pracować i nie mogą zostawiać swoich ubrań przy basenie. Z drugiej strony dla nich to jest niesamowita przygoda. Dwie młodsze dziewczynki co jakiś czas zamieniają polską szkołę na zanzibarską, wzbogacającą je kulturowo i językowo. Mają tutaj kontakt ze wszystkimi możliwymi narodowościami, uczą się z nimi współpracować, uczą się na co dzień być z kimś, kto jest inny. Myślę, że jest to wspaniała przygoda, która pomoże im potem w życiu.

 

BIZNES

Czego najbardziej się baliście?

Najbardziej baliśmy się, że nie poradzimy sobie z lokalnymi pracownikami i podwykonawcami, że będą próbowali nas na każdym kroku oszukać. Nie do końca się myliliśmy, gdyż ukradli nam 5 ton cementu… Jednak większość przykrości spotkała nas od Polaków, czyli tak naprawdę z tej strony, z której najmniej się spodziewaliśmy.

Jest was trójka, ty, twój mąż i wasz wspólnik. Jak podzieliliście się obowiązkami?

Piotr, mój mąż, tak naprawdę zajmuje się Marafiki od pół roku. W pewnym momencie zrezygnował ze swojej pracy i teraz osobiście dogląda budowy. Ponieważ jest inżynierem, to zajmuje się techniką i elektryką. Bardzo dużo rzeczy przyleciało z Polski, np. rury, gniazdka, kontakty, pompy, silniki i bardziej zawansowane technicznie rzeczy. Paweł, wspólnik, dołączył do nas w marcu i zajmuje się formalnymi rzeczami, które też tutaj są absurdalnie trudne.  Założenie konta w banku trwało pół roku, dziesiątki wizyt w banku, dziesiątki papierów, wszystkie rzeczy związane z licencjami, pozwoleniami. Tutaj biura wymagają tego, żeby odwiedzić je kilkanaście razy. Nie ma tak jak u nas, że się wyśle e-mail. Paweł odpowiedzialny też jest za zakupy, on się kontaktuje z dostawcami, jeździ często do miasta i załatwia tematy zewnętrzne.

A jaka jest twoja rola?

Nieskromnie powiem, że jestem głównym managerem, staram się zarządzać wszystkim i dzielić obowiązki. Ja zajmuję się też kontaktem z klientami, wszystkimi rezerwacjami. W momencie, kiedy przychodzą rezerwacje od gości od razu staram się z nimi nawiązać  kontakt, więc guest relations są także po mojej stornie. Oraz oczywiście działania marketingowe.

Czy to także działania dekoracyjne? Sprawienie, że wszystko ładnie wygląda?

Tak tak, cały czas coś dokupujemy, jakieś drobiazgi. Teraz się przygotowujemy do świąt, wiec też kupiłam różne ozdoby, które będą miały charakter świąteczny i lada dzień już się pojawią, więc jak goście przyjadą na święta, to w każdym pokoju będą czekały świąteczne symbole.

Czy jest coś takiego, co byście zrobili inaczej, mając dzisiejszą wiedzę i doświadczenie?

Myślę, że ustawilibyśmy recepcje w innym miejscu. Pewne rzeczy już musieliśmy zrewidować, np. zbiorniki na wodę, które zrobiliśmy po europejsku i się okazało, że to nie działa. Próbowaliśmy wprowadzić tu europejskie standardy na niektóre rzeczy i bardzo szybko okazało się, że to nie ma sensu. Inaczej podeszłabym też do kwestii biznesowych. Nauczyłam się, że trzeba być bardzo ostrożnym z ludźmi, nawet tymi, których znamy od dawna. Umowa musi być tak skonstruowana, żeby się sprawdziła w najgorszym momencie, a obowiązki trzeba bardzo dokładnie podzielić, bo potem okazuje się, że każdy inaczej to rozumie.

Mogłabyś wiele doradzić osobom zaczynającym biznes.

Tak! Zlecić napisanie umowy swojemu prawnikowi, a nie prawnikowi swoich wspólników, bardzo uważnie ją przeczytać i przewidzieć najgorsze warianty. Bardzo dokładnie określić zakres obowiązków i oczekiwań wobec wszystkich wspólników i pracowników.

Ile zatrudniacie pracowników?

To się zmienia w zależności od fazy. W momencie budowy to było nawet do 60 osób. Były wtedy trzy ekipy, jedna która kuła skałę pod nieckę basenową, druga budowlana i trzecia od dachów. W tej chwili kończy się budowa i zaczyna faza uruchomienia hotelu, więc myślę, że łącznie razem z ogrodnikami też jest około 50 osób.

To spora ekipa i duże koszty. Czy biznes to wytrzyma?

Biznesplan powstał w 2015. To był moment, w którym dolar kosztował 3 zł, a teraz kosztuje 4,2. Zrewidowaliśmy plan, ale powinniśmy zrobić to dokładniej. Jak zawsze przy budowie, budżet był jednak niedoszacowany. Założenia biznesowe były bardzo optymistyczne, natomiast nawet w momencie kiedy okres zwrotu z inwestycji się podwoi, to w porównaniu z tego typu inwestycjami w Europie, jest to bardzo krótki okres.

Jest na to szansa?

Nie założyliśmy w budżecie bardzo wysokich przychodów, zdając sobie sprawę z tego, że turystyka się tu dopiero rozwija. Ceny, które przyjęliśmy, są jak najbardziej rynkowe. W dniu dzisiejszym wydaje nam się, że te założenie, które zostały przyjęte przy drugim podejściu do planu finansowego, są jak najbardziej realne.

Przy jakim obłożeniu rocznym hotelu?

Próg, który zapewnia pokrycie kosztów to średnio 35% rocznie. Najwyższe obłożenie jest od drugiej połowy grudnia do połowy stycznia. Do połowy marca cały czas jest dość dużo gości,. Spadku zainteresowania spodziewamy się na kwiecień-maj, kiedy jest pora deszczowa. Później od czerwca wzrasta i kolejne bardzo dobre miesiące to sierpień i wrzesień. Poziom cenowy jest dostosowany do tych okresów, jest low, middle, high season oraz specjalna taryfa na święta i Nowy Rok.

Co uznacie za swój sukces? Co takiego musi się wydarzyć, żebyś mogła usiąść przy drinku i powiedzieć „udało się”!

Bardzo ważnym momentem będzie dla nas pierwszy okres sylwestrowy. Spodziewamy się wielu gości. Tym momentem satysfakcji będzie, jeśli oni na początku stycznia zostawią mnie z poczuciem, że wyjechali szczęśliwi.

Jak to poznasz?

To się widzi po twarzach. Pierwsi goście, którzy byli podczas okresu testowego, wyjechali z uśmiechem na ustach i z dobrym słowem. To jest bardzo budujące, ale to byli przyjaciele, a przyjaciele zawsze są łaskawsi. Jak przyjadą nieznani goście i też wyjadą zadowoleni, to będziemy mogli powiedzieć „udało się”. Wtedy usiądę z mężem w jacuzzi w „honeymoon” i wypijemy w końcu tego szampana.

 

Dopisek z 1.03.

Goście wyjechali bardzo zadowoleni i napisali wspaniałe recenzje (poza jednym).

I wypiliśmy bąbelki na tarasie honeymoona :-)

W drugiej połowie lutego hotel pękał w szwach. W ciągu 2 miesięcy od otwarcia odwiedzili nas goście z 40 krajów.

 

Link do Marafiki

 

logo marafiki